Rejs ku granicom absurdu – halsując pomiędzy dyktą i kartonem

0
2233

Kwietniowe przeloty na Bałtyku to nie zabawa dla romantyków – przynajmniej nie takich, którzy jeszcze lubią swoje jachty. Plan: przestawienie Valhalli z Gdańska do Szczecina, bo takielunek po ubiegłorocznej uszkodzeniu jachtu przez spieszący się do domu Galeon Cava wymaga gruntownego przeglądu, albo wymiany… Wszystko przebiegało klasycznie – czyli przeciągające się prace przy elektryce sprawiły, że wyszedłem dopiero 16 kwietnia o 23:00. Gęsta mgła trzymała do południa, zero komfortu, ciągłe sprawdzanie radaru w kokpicie, święty spokój znowu gdzieś odpłynął. Żeglarska rutyna w wersji „dla zaawansowanych”.

17.04, godz. 17:00: Zasięg GSM w kratkę. Chcąc się upewnić, czy zamknięte strefy pod Ustką są nadal aktywne, postanawiam wywołać Witowo 2.0. Niestety, okazuje się, że już nie istnieje 🙂 . Ale spokojnie, wstaliśmy z kolan i mamy Polish Rescue Radio, które co prawda formalnie jest polskie, ale komunikaty podaje „sprawnie” po angielsku. Kobiecy głos AI od razu kojarzy mi się z klasycznym „Misiem” i panią z Okęcia, co wkładała kotleta pod język, by mówić z „pięknym” amerykańskim akcentem. To dla mnie za dużo – zawsze momentalnie zmieniam kanał…

Odpowiada Ławica Słupska, oznajmiając, że nie ma już Witowa, jest Polish Rescue Radio. Wtedy do gry wchodzi PRS i próbuje na mnie wymusić powtórzenie tej dziwnej nazwy w języku, którego zwyczajnie nie znam. Odpowiadam, że nie znam tego języka, jestem Polakiem mieszkam Polsce a do tego jestem w podeszłym wieku :), ale za to znam świetnie rosyjski. Milkną…

Próbuję ponownie, tym razem przypominając radiu, że są w pracy i mają obowiązek udzielić informacji. Po chwili odpowiadają. Zmieniamy kanał. Pytam o poligon pod Ustką – dowiaduję się, że zamknięty do 02:00. Trzeba iść w morze.

Wkrótce przychodzi pierwsze uderzenie rozgrzanego, południowego wiatru. 30 węzłów na zegarze, Valhalla robi 8–9w. Przynajmniej prędkość się zgadza. Z Ustki wychodzi łódź SG, ciśnie 18 węzłów w moim kierunku, a ja w tym czasie refuję żagle, bo fala zaczyna się budować, a na logu dalej 8–9.

Po podejściu do mnie, na 16. kanale wywołuje mnie SG. Rutynowe pytania: bandera (mam AIS), liczba osób (1), obywatelstwo (PL), trasa (Gdańsk – Szczecin). Kapitan SG pyta, którą burtę chcę mieć obdrapaną, bo chcą zobaczyć mnie i Valhallę. No cóż, to piękny jacht, w przeciwieństwie do mnie, więc nie jestem zdziwiony. Stanowczo odmawiam. Pytam z ciekawości, jak sobie to wyobrażają przy tej sile wiatru i zafalowaniu. Kapitan: „Nie takie manewry robiliśmy”. No pewnie. Taniec na masztach to też standard w tej formacji?

Pada pytanie, którą burtą mają podejść. Odpowiadam, że zgodnie z moim rozeznaniem (prawo morskie), jako kapitan odpowiadam za jacht i załogę, więc to ja decyduję i wybieram port. Przypominam, że idę do Świnoujścia, a po ominięciu poligonu wracam pod zawietrzny brzeg, więc ich radary będą mnie śledzić bez problemu. Mogą przekazać sprawę kolegom ze Świnoujścia, którzy będą mogli spokojnie przeszukać jacht, czy co tam tylko sobie zamarzą.

Sternik SG na to: „to zapraszamy do Ustki”. Tłumaczę, że do Ustki mamy 10 mil pod wiatr, co oznacza 4–6 godzin halsówki. Jestem sam, się śpieszę i będę musiał wrócić – strata minumum 14 godzin. Klasyczne prężenie muskułów, groźby desantu „specjalnej ekipy reagowania”. Pytam o podstawę prawną. Słyszę: „ustawa o SG daje nam takie prawo”. Nie znam (jeszcze) tej ustawy, więc odpuszczam. W międzyczasie wiatr spada do prognozowanych 18 węzłów. Zgadzam się na wejście urzędników, ale tylko od rufy – nie chcę połamanych stójek i porysowanej burty.

Informuję, że będę nagrywał abordaż i że mam nadzieję, że mają aktualną polisę OC. Kapitan wysyła „gumę” z operatorem i dwoma urzędnikami. Nie mnie oceniać brawurę lub brak podstawowych zasad bezpieczeństwa, ale na filmie widać, jak jeden z urzędników o mało nie wpada pod gumę napędzaną śrubą silnika spalinowego!!! (nie mam pojęcia jak te nagranie ma się do nowych zakazów uwieczniania zabytkowych jednostek strategicznych, więc dla ostrożności go tutaj nie dodam, a szkoda, bo każdy mógłby zobaczyć twarze dwóch kłamczuchów) No ale to pewnie tylko moja wyobraźnia – dla nich to codzienność. Przeskakiwanie bez zabezpieczenia z łodzi na łódź, w kwietniu, dwa metry od śruby napędowej, przy 8 węzłach i fali… Gdyby nie „przeszkolenie”, byłaby to dość kontuzjogenna formacja.

Panowie cali i zdrowi na pokładzie. Wyłączam nagrywanie, oszczędzając prąd – jak się okazało kilkadziesiąt godzin później był to wielki i kosztowny błąd. 15–20 minut spisywania protokołu, sprawdzenie mojego PESEL-u, rejestru jachtu – nie sprawdzili żadnej kajuty, jaskółki… Nic. Pomyślałem: po co cała ta akcja, skoro nic nie sprawdzali? Potrzebowali stołu?

W trakcie pisania pytam o poligon: czy zamknięty do 02:00? Panowie odpowiedzieli, że właśnie wracają z obstawiania poligonu, bo „zakończył się 1,5 godziny temu, ale oficjalna informacja będzie za około dwie godziny.” Poradzili, żebym wywołał i zapytał kapitanat w Ustce. Po trzeciej próbie odpowiada obsługa kładki, która przedłużała korespondencję z Kapitanatem. Przekazano mi, że oficjalnego potwierdzenia nadal brak – czyli omijać.

Idę na północną granicę kwadratu. Niekomfortowe, bo na szczycie trzeba iść pod prąd bardzo ruchliwej ruty albo przeciąć ją dwa razy i nadłożyć kolejne 7–8 mil. Około 19:00 widzę na AIS małą łódź wojskową, pytam: można już wpływać? „Tak, właśnie sprzątamy makiety lotniskowców, których nigdy nie będziemy mieć.” Kamień z serca. Skróciłem coś koło 0,5–1 mili. Ostrzę kilka stopni i obieram kurs na Świnoujście.

Wchodzę w poligon, zasypiam spokojniej, będąc pewnym, że w tej strefie nie będzie żadnych statków, poza małą łodzią wojskową, ale z nią jestem w kontakcie. Po jakimś czasie (nie pamiętam, czy było to 30 min czy godzina) ta sama łódź mnie wywołuje: pomylili kwadraty, muszę opuścić strefę. Zirytowany oddaję kilka stopni i idę na drzemkę.

5 rano, SMS od Betty – zdjęcie z wczoraj jak idą pod genakerem. Po kilku godzinach, wchodzę w zasięg i okazuje się, że zrobili 8 mil w 16 godzin. Południowy wiatr złośliwie ich ominął i generalnie „powoli stoją do przodu”. Nowo zainstalowany silnik doczepny po godzinie odmówił współpracy. Tym razem jestem jak marines – swoich nie zostawiam. Idę na ich pozycję, podaję hol, holuję ich do Świnoujścia. Nie zdążamy przed zmianą pogody. Nowa fala, nowy wiatr, oram z Betty na holu całe 2,5 węzła.

16:00, dwie mile przed główkami portu – znowu SG. Podpływają do Betty, potem do mnie. Standard. Tłumaczę, że byłem już wczoraj kontrolowany. Ale nie – oni właśnie w tej sprawie. Tłumaczę, że przez ich kolegów ściąłem może milę. Jakbym nie wiedział, że poligon zamknięty, poszedłbym na szagę. A tak zaoszczędziłem może 10% trasy? Po co były te oszczędności? Mówię, że przecież można z łatwością sprawdzić, czy mówię prawdę – czy poprzednia załoga faktycznie ochraniała zamkniętą strefę, o której skończyli, o której nieoficjalnie zakończyły się działania. Usłyszałem, że rozmawiali z kolegami i nic takiego nie miało miejsca!!! Krew mnie zalała. Jakim dzbanem musiałbym być, żeby tuż po kontroli SG, po zwróceniu na siebie uwagi kapitanatu w Ustce, rozmowie ze statkiem wojennym – skróciłbym sobie 2 mile?!?

Logika urzędników:

Karzą mi wpłynąć do mariny. Odmawiam, pokazując na hol i Betty. Zapraszam ich do rybackiego. Odmowa. Mają mnie doprowadzić do mariny. Pada magiczne słowo: „kapitanat”. Poddaję się. Stajemy przy stacji paliw. Skoro zapraszają, niech płacą – ja nie mam na to budżetu. Żeby nas uspokoić, powiedzieli, że będzie na nas czekał bosman i pomoże. Nie skomentuję tego – powiem tylko, że czekałem na tę pomoc do rana i nie doczekawszy się, zostawiłem Betty, żeby dalej czekała na bosmana, a sam popłynąłem do Szczecina.

Oczywiście nikt z tej formacji akrobatów nie wpadł na pomysł, żeby zacumować jako pierwsi i nam pomóc. Sam zacumowałem dwoma jednostkami i zaczął się Cyrk Szczeciński.

Kontrola numer dwa. Na Betty oczywiście nikt nie wchodzi. Celem jestem ja. Ale o dziwo, na Valhallę też nikt nie zagląda. Pozamykani w kajutach uchodźcy wołają o wodę, a ja zajęty cyrkiem. Tłumaczę, pokazuję screeny przejścia na szagę poligonu przez Bystrze, pokazuję w telefonie track Valhalli – nikogo nic nie obchodzi. No to o co chodzi? Trzeba mnie ukarać. Bo skoro ja mogę, to inni też mogą pomyśleć, że mogą. Pan urzędnik, wyprowadzony z równowagi obecnością zaproszonych przeze mnie dwóch świadków (Betty), z pianą na ustach rzuca: „to, że kogoś nie ukaraliśmy, nie znaczy, że pana mamy nie czołgać”. Ot, i urzędnicza logika. Rutyna, straszenie 48 godzinnym więzieniem i ciągłe próby złamania mnie.

Na koniec: do 500 zł mandatu. Urzędnik SG informuje mnie, że mogłoby być dużo mniej, bo są widełki. Jednak za moją postawę i sztywny kręgosłup przyzna mi nagrodę główną, czyli 500, bo więcej nie może.

Urzędnicza patologia. Kolejni „ludzie morza” – nikt nie zaproponował pomocy w holowaniu i bezpiecznym zacumowaniu Betty. W zamian podpływali 2 metry do mojej burty, bo to dla nich rutyna. Byłem kilkukrotnie zmuszony żądać od nich dopłynięcia i zachowania bezpiecznego dystansu, ze względu na ograniczoną manewrowość. Mogli też nie palić kolejnych kilkuset litrów ropy i zaczekać na nas – bo nie ma innej drogi do Szczecina, żeby nie przepłynąć koło nich. Mogli załatwić sprawę przez VHF. No ale przecież kasta urzędników za nasze się bawi.

Porada:

Pozwolę sobie na taki mały przykład: jadąc autem, za przecięcie podwójnej ciągłej – 1200 zł i 15 punktów. Za przecięcie poligonu – 500 zł 😀

Nie mam pojęcia, ile na godzinę pali taka łódź patrolowa przy 18 węzłach? 100 -200 litrów ropy?

Dla jasności dopowiem:
Gdybym nie został wprowadzony w błąd, to niby po co miałbym nadkładać dwa razy po 9 mil – najpierw na północ, potem na południe – tylko po to, by „zaoszczędzić” dwa razy po jednej mili i ryzykować interwencję wojska albo sprawę w sądzie? To przecież logika z krainy absurdu.

Nie ufajcie funkcjonariuszom państwowym. W sądzie, w sytuacji „słowo przeciwko słowu”, jesteście z góry na straconej pozycji. Dlatego najbezpieczniej – omijać polskie wybrzeże szerokim łukiem, a jeśli już nie da się inaczej – nagrywajcie każdą korespondencję radiową i każdą interwencję służb telefonem. Czasem to jedyny sposób, by zachować zdrowy rozsądek… i dowody.

Tak więc, jeśli pogoda się popsuje, poligon „rzekomo zamknięty”, a Ty masz dość cyrku – bliknij SG na 500 zł i Polska z kartonu staje przed Tobą otworem.

Jacek Zieliński

Mały update: Po opublikowaniu artykułu zadzwoniłem do Wojtka z Betty, żeby rzucił okiem. Okazało się, że – jak urzędnicy z SG obiecywali – faktycznie przyszedł z obiecaną „pomocą” bosman. Przeszedł się po kei i… skasował 25% wartości zakupu jachtu za 9 dni postoju! Bez prądu, bez wody – bo przecież prąd kosztuje tylko 40 zł dziennie, więc luksus.

Cóż, czasem warto skorzystać z „zaproszenia” i poczuć się jak ruski oligarcha na bałtyckiej Majorce. Tylko bez szampana, bo poszedł na opłaty portowe.

Komentarze